:: Cradle Of Filth Poland :::::::::::....
:: Cradle Of Filth Poland :::::::::::....
news | dyskografia | historia | biografie | Gospel Of Filth | Cradle Of Fear | faq | TotBM | exclusive | strona | FORUM | facebook | coldmirrors@op.pl
:: Cradle Of Filth Poland :::::::::::....


W Majestacie i Frankintensywności Drży Diabelstwo
"Kiedy światło już nie powstało by mnie ucałować
Przyrzekałem, że rozerwę Niebo na strzępy
Kiedy zastępy upadłych aniołów życzyły mi
Boskiej łaski na diabelskim grzmocie"


Wyrzucony z Piekła
Zaćmiewając gwałtowne stulecia
Jak ciemna blizna nad Francją
Wstępuje rodzący się Gilles de Rais
Wojownik i uczeń
Walczył za Joannę d’Arc
Zanim spotkała się z męczeństwem w płomieniach

Daleko od bajkowych opowieści
Trupia czaszka na jego żaglu
Światło, które nie upadłoby
Pod jej czarem
Ale krucyfiks był zasłonięty
Kiedy jego dekadencja zatryumfowała
W deszczu czerwieni, urzeczony
Był wyrzucony z Piekła

Wyrzucony z Piekła

Zamarznięta w niegodziwości
Namiętność do trwogi w epoce smutku
Jego majątek i potęga zaprowadziły go
Do skalanych bram Babilonu
Zrodzony pod wyjącymi gwiazdami

W deszczu złotego Lys
Młody wilk ze światem pomiędzy szablami zębów
Rozdarty między skrajnościami wiary
Pobożnymi i księżmi
Karmił Diabła dziećmi tak, jak rzucał mięso swoim mastiffom

Daleko od bajkowych opowieści
Trumna i gwóźdź
Opadający na pal
Pod czarem
Alchemików, którym nie udało się
Uchwycić menstrualnego Graala
W deszczu czerwieni, urzeczony
Był wyrzucony z Piekła

Wyrzucony z Piekła

Wyrósł tak chory bez wojny
Zepsute wino, rozmnożone senne koszmary
Zdrada jego Pana, nie zagrała więcej
Załomotał w drzwi Diabła

Żądając rozkoszy by zastąpić
Joannę d’Arc, jej epicki wdzięk
Rozpalił jego wilcze serce jej prawdą
I kiedy umarła, jego dumne życie
Było stracone dla Boga i w swoich zbrodniach
Zwrócił się by czcić Szatana dowodami

Niebawem nocą, niezauważenie
Ofiary były składane na wulgarnym ołtarzu
I wolno, lecz pewnie
Ciemność odpowiedziała jak spadająca gwiazda

Daleko od bajkowych opowieści
Wydyszany obłęd
Rozwinięty zimowy wicher
Pod jego czarem
Zaatakowane niewiniątka
Były wprowadzone i nabite na pal
W deszczu czerwieni, urzeczony
Był wyrzucony z Piekła

Wyrzucony z Piekła

Perwersyjny, uwodzicielski, okrutny jak grzech
Egotysta, opłakiwał
Zarówno wojnę jak i chwałę, wyszkolony by zdobywać
Cokolwiek spłodzi znudzona wyobraźnia




Śmierć Miłości
“Jej ostatnie westchnienia
Wybrzmiewające łagodnie na rozpalonym wietrze
Jej tonące oczy, przepełnione łzami, wzniesione prawdą
I wtedy złoty błysk jak początek Nieba
Pozostawiający jej krzyki, łamiący moje serce
I wtedy w uścisku ognia poznałem Śmierć Miłości”

Gdzie będziesz kiedy oni będą szykować się do walki?
Co tam zobaczysz swoją niewinnością?
Gdzie będziesz, kochanie?
Gdzie będziesz kiedy oni będą szykować się do walki?

Gdzie będziesz kiedy Bóg będzie wychwalany?
Tam będziemy między martwymi a umierającymi
Gdzie będziesz, kochanie?
Gdzie będziesz kiedy Bóg będzie wychwalany?

Proroctwa i chwała wykuły wielką pogardę
Za leżenie biernie w cieniach kiedy wróg panuje
Oddana darowi złożonemu, świętemu standardowi z góry
‘Z rozkazu Króla Niebios’
Nadeszła Śmierć Miłości

Gdzie będziesz gdy oni będą oczerniać?
Jak oni zobaczą, skoro prawda oślepia?
Gdzie będziesz, kochanie?
Gdzie będziesz gdy oni będą oczerniać?

Gdzie będziesz kiedy narasta mrok?
Jak uchronisz przed jego postrachem?
Gdzie będziesz, kochanie?
Gdzie będziesz kiedy narasta mrok?

Zachód słońca płonął niczym zapowiedź zagłady
Na uświęconej żelaznej dziewicy gdy upadła od ran
Lecz wizje i ambicje
Nigdy nie słuchały uległości
I ona była na swojej misji z najwyższych Niebios
Do Pana przy rzezi
Jak miecz przez syczące wody
Powstała gdzie łucznicy szukali jej
Dla Śmierci Miłości

Słuszna Śmierć Miłości

Gilles wielbił jej dramat
Jej strój z czystej białej zbroi
Zalśnił przeciwko Anglikom w strumieniu światła
I kiedy oni zbiegli ku nocy
Umknął rak rozkładając
Jego duszę

Oprawiona w ogień
Płonąca Walkiria
Sprawiła, że zapłonął bez pożądania
I w jego oczach wypłynęła jako Bogini

I nawet kiedy złapali jej oddech
Jej słowa mogły pozostawić bliznę
Albowiem tylko w uścisku mroku
Będziemy lśnić wśród najjaśniejszych gwiazd

Jak będziesz oddychać gdy zakręcą się ich koła?
Jak się dowiesz czy niebo płonie?
Gdzie będziesz, kochanie?
Jaka będziesz gdy zakręcą się ich koła?

Gdzie będziesz gdy Babel będzie szykować mi ogień?
Czy nie uciekniesz i nazwiesz mnie wyrzutkiem?
Gdzie będziesz, kochanie?
Gdzie będziesz gdy rozpalą mój stos?

Zrównany z Joanną we wszystkim
Co było osadzone na tronie i boskie
Przysięgał, że zdobędzie zbrodnie
Które kawki rozlały na tej gołębicy
Zbrodnie, które sam znał
Wywiedzione z umysłów ślepych
Kościół rozpostarł, bowiem morderstwo przysiadło
Na Śmierci Miłości

Oprawiona w ogień
Płonąca Walkiria
Twierdziła, że niebo było rozświetlone iglicami
I w jego oczach wypłynęła jako Bogini

I nawet gdy walczyła o oddech
Jej słowa mogły pozostawić bliznę
Albowiem tylko w uścisku mroku
Będziemy lśnić wśród najjaśniejszych gwiazd 


Trzynasty Cezar
„Oh, jak moje nieokiełznane pożądanie
Odarte z obecności Boga
Teraz łaknie jak bestia
Wiedzy zła”

Kiedy Joanna została spalona
Poznał złą wolę
W sercu tego wszystkiego
Zimną i poszarpaną otchłań wykrwawioną z sensu

Tron, który zyskał
Dzięki Boskiej łaskawości
Rozpoczął jego własny upadek
Ubierając obdarte dogmaty w swoją wspaniałość

Tutaj swąd, złote wydarzenia
Zuchwałe wymysły woli
Zbytki i splendory poprzez rozpoznanie śmiertelnych
Każde rozpustnie wygięte pragnienie zostało spełnione

Demon siedział na szczycie świata
Jak Herod nad Stworzeniem
Śpiewali hosanny gdy jego sztandary rozwinęły się
Całując postrach paraliżem

Jego śmiałe płótna obraziły obraz
Poruszając niebo i ziemię by uraczyły
Hordy, które jego dziwna świta ciągnie
By zapewnić trzynastego cezara

Trzynasty cezar
Ichor wierzgał w jego żyłach
Trzynasty cezar
Wojna była lizana dla hańby
Trzynasty cezar
Bardziej chory ale tylko tak jak próżny
Trzynasty cezar
Gilles de Rais

Kiedy Joanna została spalona
Poznał złą wolę
W sercu tego wszystkiego
Przysiągł, że od tej chwili będzie służyć jedynie złu

Tutaj swąd, złote wydarzenia
Insurekcja jego woli
Teatr i uczta poprzez rozpoznanie śmiertelnych
Każde rozpustnie wygięte pragnienie zostało spełnione

Demon siedział na szczycie świata
Jak Herod nad stworzeniem
Diabły śpiewały hosanny kiedy jego sztandary rozwijały się
Wbijając postrach w groźby

Trzynasty cezar
Ichor wierzgał w jego żyłach
Trzynasty cezar
Wojna była lizana dla hańby
Trzynasty cezar
Bardziej chory ale tylko tak jak próżny
Trzynasty cezar
Gilles de Rais

Swetoniusz i Owidiusz
Wypełnili jego lunatyczne sny
Purpurą Rzymu
Jego Wenus krwawej areny była martwa
A on szalał wracając do domu

Trzynasty cezar
Ichor wierzgał w jego żyłach
Trzynasty cezar
Wojna była lizana dla hańby
Trzynasty cezar
Bardziej chory ale tylko tak jak próżny
Trzynasty cezar
Gilles de Rais
 

Tiffauges
„Bóg nie może odmówić niczego de Rais’owi
I czy w ogóle powinien?
Zawsze jest diabeł”


Tragiczne Królestwo
Tutaj siedział Babilon
Rozpasany przez sakwy najgorszego i niewłaściwego
Gdzie dekadenckie gusta Piekła nasilały się
Jak klątwa nad tym
Tragicznym królestwem

Zmierzch opadł jak ostateczna kurtyna
Na tej scenie, gdzie jedynie śmierć była pewna
Śpiewając przez wieże
Jak ciche serenady

Odgrywane blisko grobu

Wartownicy i szlachta nasunęli rozkwit
Czerwono zachodzącego słońca i upuszczającego krwi księżyca
Oklaskiwały je a potem dołączyły do nich
Zapowiedzi zagłady

Prawie zbyt wcześnie…

Sikali na wiatry
Które bujały kołyskami
Śmiejąc się poprzez nory czołgające się do wilków
Całowali się i grzeszyli
Pod przeładowanymi stołami
Podczas gdy świat na zewnątrz stawał się mokry i pokaleczony

Tutaj siedział Babilon
Rozpasany przez sakwy najgorszego i niewłaściwego
Gdzie dekadenckie gusta Piekła nasilały się
Jak klątwa nad tym
Tragicznym królestwem

Gilles siedział sącząc damaszeński
Absynt z kielicha zrobionego z kości
Kiedy błyskawice rozdzierały i tańczyły
Na chodnikach
Kapryśne fantazje maszerowały do domu

Teraz czubki drzew schyliły się by szeptać
W piskliwej disnejowskiej okleinie
Znały wycia tak wspaniale wyostrzone
Gdy te dzieci zniknęły

Słuchali wiatrów
Które słyszał mordowany Abel
Na nowo ochrzczony w kamiennych paszczach Tiffauges
Gdzie lista grzechów
Przegoniła bajki
Teraz grzmią za granicą, niestrudzeni rozpustą

Niestrudzone rozpustą
To tragiczne królestwo
Mogłoby ujrzeć jak anioły Boga idą

Sataniczna, enigmatyczna
Ta czarna magia była ekstatyczna
Chora na megalomanię w tytanicznych pokazach
Ubrany w najlepsze
Nikczemne bogate suki Zachodu
Rozciął żałobną linię w chwalebnym bandażu

Lecz wszystkie jego koszmary mogły się ziścić
Tonąc w strumieniu świadomych przyjemności

Tutaj siedział Babilon
Rozpasany przez sakwy najgorszego i niewłaściwego
Gdzie dekadenckie gusta Piekła nasilały się
Jak klątwa nad tym
Tragicznym królestwem

Jak klątwa nad tym
Tragicznym królestwem

Księżyc łzawił przez kościotrupie drzewa
Odwracając twarz od naturalnych czynów
Tak wieczory stawały się mroczne, nawiedzone, smutne
Przez to miejsce ozdobione nasieniem diabła

Blanchet, ksiądz, jego księga kłamstw
Oczyściła go ze zbrodni Gillesa
Ogłosiła jego lęki jedną nocą westchnień
Nocą by kląć dziecinne wierszyki
W świetle ognia zmagając się z nieudolnymi cieniami

(Ślady czernieją przed tym tragicznym królestwem)

Zatrważające bogactwo Gillesa, jego zacieśniający się uścisk
Na słabych i rubinowych których wypuściły jego skrzynie
Dążąc do upadku w kolejnych latach
Większości ekscesów i tego co w nich najlepsze
W świetle ognia zmagając się z lekkomyślnymi cieniami


Najsłodsza Maleficia
„Zaklinam was, Barronie, Szatanie, Beelzebubie
Na Ojca, Syna, i Ducha Świętego,
Na Dziewicę Maryję i wszystkich świętych,
Pojawcie się w swoich osobach, ażebyście mogli przemówić do nas
I spełnić nasze pragnienia
Przybądźcie na moje wezwanie a podaruję wam
Cokolwiek zechcecie, jakkolwiek niegodziwego
I skracającego moje życie”

Mógłby powstać triumfalny
Cały odnowiony
W piórach z kruczych skrzydeł
Handlujący z pochlebcami
Dzielącymi jego puchar
Między inne poważniejsze rzeczy

Alchemicy i czarownicy zszyli jego głowę
Zapachem smoły i mirry

Bogobojny zniknął ale poganin pozostał
Świece wypaliły się i wciąż nic nie przyszło
Niosąc złote tajemnice z zimnego złośliwego rodu

Mógłby mieć swojego demona!
Mógłby mieć swój występek!
Wszystko poza jego duszą było do poświęcenia
Chociaż nie wywołali nawet pojedynczego włosa
Wszystko śmierdziało tam czarnoksięstwem

Od splamionej kaplicy po zieleniec z posągami
W Caprineum na jeziorze
Do nieruchomo oświetlonych krypt i rozcięcia świtu
Ślizgającego się po wieżach, wszystko pachniało oszustwem

Potrzebował odpowiedzi, nie rad
Zamierzając wymyślić
Drobiazgowy pociąg tortur dla głupców
Którzy sądzili, że seans mógłby wystarczyć
Lub ujrzeli, porośnięty ważkami
Podpis Szatana na ścianie

Najsłodsza Maleficia

Alchemicy i czarownicy zszyli jego głowę
Zapachem smoły i mirry

Planchette do Blancheta, od duchów do księdza
Powracając z pająkiem na trującą ucztę
Włoski astrolog Prelati, snujący grzech

Jego opuszki palców były perfumowane
Łzami z policzków Serafina
Po części urok i klęska
Trupi i elokwentny
Rozkazując głosem zamarzniętych szczytów

Mógłby mieć swojego demona!
Mógłby mieć swoje złoto!
Poza kontrolę dusza Gillesa została zaprzedana
Pod jemiołą i połyskującym śniegiem
Całując się w cieniu porzuconych zbawicieli

„Przyzywam was, demony Zaświatów”

(Od sali bankietowej po niewzruszone wrota
Cmentarz rozciąga się na sygnał
Zatopiony przy zamku, jak papieska waga
Albo głęboki filozoficzny kamień)

Powietrze było chore na drżenie
Rozpacz i desperację
Wtedy zawarł swoje przymierze we krwi
Teraz wszystko było bogate i przyozdobione gobelinami
Wonne wino do marnego miodu
Jego nowy świat otworzył się bordowym potopem

Pora była odpowiednia, tej nieszczęsnej nocy
By ponownie wyraźnie wyryć kręgi…

Kiedy labirynt ostrzy poprowadził ślepca do gwiazd
Wtedy też Prelati sprowadził mrok
Na imię było mu Barron
Oczy niczym katastroficzna smoła
Pochłonięta przez ogień
Żywili go porwanymi na strzępy dziećmi na ołtarzu pełnym blizn

Uwikłane w sen
Zwierciadła pełne oparów
Przez które ledwo mógł dojrzeć odbicie twarzy Joanny
Jego ostatnia próba by dosięgnąć Boga
Spoczywa poczerniała w świętej mgle
I teraz podążał już tylko za diabłami

Gilles był owinięty w aksamitny czar
Piekła i Jej uwodzenia

Skrytobójcze dni jako Cezar przeminęły
Barron, plujący kwasem, jako jego magiczny przewodnik
Rozpalił demoniczne stosy gdzie niegdyś wiły się konające zgliszcza

Miód i Siarka
„Tak potężna była gwiazda, pod którą się narodziłem
Iż dopuściłem się czynów, których nikt w świecie nie dokonał
I nigdy nie dokona”

Najwspanialszy Obrońco Owiec, Wilku!

Dzień Wszystkich Świętych, skaza deszczu
Krew i błoto i grzmot są takie same
Dla tych, którzy zbliżają swoje rangi do ludzi Gillesa

Bricqueville, Prelati i de Sille
Istoty mroku pełznące w górę i w dół krajobrazu
Ponownie wyprowadzając na pastwisko kruche aniołki

Ogród tortur wdraża praktyczne zasady
W święte ciało i nagie oko
Jak golgota ta erotyka
Cuchnąca miodem i gorzej, siarką

Tak czarna była magia w tym tragicznym królestwie
Że przesądy rosły
Mądrze ze strony wilków, że zaskoczyły ich dzieci
Zakneblowały w workach i zawlekły do

Tiffauges
Którego ścieżki są teraz domem dla pięknej nieznajomej
Unosząc jej welon
Snując jej kłamstwa
Czułe oczy, niekończące się niebezpieczeństwo

Rośnie
Ta róża, która wybrała śmierć jako nawóz
Ciernie w oczekiwaniu
Dziękują jej knowaniom
Ociekające uda jej jedyną przeszkodą

I chociaż chodzi leśnymi dróżkami
Jest daleka od baśni Perrault’a
Prowadzi ich wzdłuż drogi gdzie mieszka ciemność

Ta noc była przepełniona obrzędami
Wieża śpiewa
Gdzie tak wiele plugawej iluminacji
Niszczy latarnię dla rzeczy
Które pełzną i oblepiają krawędzie pentagramu
Lekko kwaśne sny
Konkurs piękności zarżniętych owieczek i
Umęczonych krzyków dla zgromadzenia potępionych

Ogród tortur wdraża praktyczne zasady
W święte ciało i nagie oko
Jak golgota ta erotyka
Cuchnąca miodem i gorzej, siarką

Tak czarna była magia w tym tragicznym królestwie
W tym zamku wilkołaka
Kiedy opętane żyły, płonące, doprowadzają do obłędu
Część ofiar teraz przywiązanych do

Tiffauges
Nażarte hordami anorektycznych
Zmuszonych cherubinów
Nagich i ślepych
Całopalny umysł zaprojektował ich wyjście

Libertyn tak posępny
Czasami rozdzierał ich kończyna po kończynie
Podrzynając ich gardła
Sikając na groby
Jezus zbawia ale Diabeł go zrobił

Najwspanialszy Obrońco Owiec, Wilku!


Północne Cienie Pełzną by Zaciemnić Radę z Życiem
„Czasem pozbawiałem je głów
Sztyletami, puginałami, nożami
Czasem zawieszałem je w mojej komnacie
Na słupie albo haku i strunie i dusiłem
A kiedy omdlewały
Popełniałem na nich zbrodnie ciała”

Wieczorne powietrze opływa gęsto
Nieruchomą fosę, której żąda Tiffauges
Kiedy teraz zmrok ucieka
Gdzie nauczony by biec, zgniły język
Gorętszego zmierzchu bogów
Zaczął lizać jak płomień

Szepty w posępnej mgle
Są pełne kryształowych obietnic
Czarne rytuały zaczęte na poważnie
Rozpalają głodny piec Piekła

Oto śmiała inauguracja ciemnej strony
Demoniczne namiętności wspinają się
Zrównując się z fatalnymi gwiazdami
Tej nocy te widoki na pewno nakarmią pana
Nadchodzi przypływ krwi
Jego dary będą zapewnione

Bez maski, upiorny lord de Rais
Nawiedza najdalszą wieżę
Gdzie śmierć wyssała godzinę

Tam, zduszone oddechy są równoznaczne z grą wstępną
I śliniące się ostrza, które nadejdą
By odwinąć czerwone tajemnice z młodych

Księżyc uśmiechał się w pełni, gry były czyste
Kiedy dzieci po raz pierwszy przybyły
Teraz północne cienie pełzną szybko
By zaciemnić radę z ich życiem

Ciało i ekstaza jako sport
Są nieśmiertelnymi występkami najwyższego rzędu
W których diabelstwo ma kontrolę
Za ślepymi ścianami gdzie bazyliszki wrzeszczały
Swoje pieśni Necronomiconu
Opowiadające o Gillesie de Rais

Oto śmiała inauguracja ciemnej strony
Demoniczne namiętności wspinają się
Zrównując się z fatalnymi gwiazdami
Tej nocy te widoki na pewno nakarmią pana
Nadchodzi przypływ krwi
Jego dary będą zapewnione

Bez maski, upiorny lord de Rais
Nawiedza najdalszą wieżę
Gdzie śmierć wyssała godzinę

Tam, zduszone oddechy są równoznaczne z grą wstępną
I śliniące się ostrza, które nadejdą
By odwinąć czerwone tajemnice z młodych

Każdy zamordowany syn, każda zamarznięta róża
Ręcznie zerwana, była łagodnie rzucana na pożarcie
Temu wystawnemu w czerni i tym
Których życia były wtrącone razem ze zmarłymi

Świece zapalone, scena przygotowana
Tak jak była w uświęcone dni
Kiedy kadzielnice kołysały się i sztandary wisiały
Na Oblężeniu Orleanu na malowanej Sekwanie

Teraz zamek unosi się w płynącej mgle
Wyrwany ze swojej przystani
Jak wrak wydobyty z Piekła
Kiedy niewinni błagali zmiennego Boga
Ich głosy wznosiły się
Na srebrzystej fali do Nieba
Na krawędzi noża kiedy upadli

Ostrze mogło opadać w złośliwych łukach
Takie rany mogłyby się rozciągnąć
Przy kominku, rozgrzane do wymyślnych iskier
Potwora Gillesa de Rais

Złoconego Gillesa de Rais

Komety zwymiotowały
Niespokojne dzwony zbrodni
Zdarły czarną skórę ze złamanych kości
Aniołów ściętych w samą porę

Gnijące głowy z malowanymi oczami
Najładniejsze zachowywane by je pchać
Gapiące się nekromantycznie od strony płaszcza
Zakrzepłe w pożegnalnych pocałunkach

Dni zanikały w zepsuciu
Smród woni zalegał
Nie zostało już okropieństw na polanach człowieka
Które Barron mógłby zapewnić

Tak wyjątkowe było bicie jego zatrutego serca
I jego brudne chore pęknięcia
Których kolejne okrucieństwa nie mogły przewyższyć
Niedoceniony, znudzony, odwrócił się

Wieczorne powietrze opływa gęsto
Fosę, której żąda Tiffauges
Kiedy teraz zmrok ucieka
Gdzie nauczony by biec, zgniły język
Gorętszego zmierzchu bogów
Zaczął lizać jak płomień


Ciemność Wcielona
Coś gęstszego od rozpaczy
Unosi się na północnym powietrzu
Zapach krwi, smak zdobyczy
Obserwujemy Cię, przyczajony Gillesie de Rais

Pod sierpniowym żarem
Po bankiecie i wieczorku
Kiedy korzenne wino i pieśń
Rozszerzyły rozgrzane żyły
Do dziewiątego stopnia kiedy szczypce
Miały kontrolę nad kolejnym ciałem
Gilles wycofuje się z obejmujących płomieni
Które spopielą szczątki

Ciemność wcielona

Demony w jego nasieniu
Które niegdyś obciskały gardła
Dzieci przywleczonych z podziemi do jego komnat
Teraz przenikają zamek
Wszyscy którzy śpią śnią o koźle
Tym mrocznym eklektycznym zwiastunie zguby

Słowiki śpiewały o tragedii
Szepty były o bluźnierstwie
Próżny, szalony, ten zdystansowany okrutnik
Naciągnął splamione welony na gorzką prawdę

Schody biegły na łapu-capu
Jego sypialnia oblężona
Przez upiory które schroniły się
W jego futrach, wyrzuty sumienia
Próbowały go przytłoczyć
Jak latarnia choroby
Która świeciła na zgniłe twarze
Tych zamordowanych siłą

Ciemność wcielona

Umykające duchy tak niedysponowane
Do jego szatańskiej miłości
Dzieci przywleczonych z podziemi dla jego uczty
Powstał, cielesny wiatr sprzeciwił się
Tym którzy zasiadali powyżej
Wyrywając się do lasu jak bestia

Nocny wiatr śpiewał o tragedii
Szepty były o bluźnierstwie
Próżny, szalony, ten zdystansowany okrutnik
Naciągnął splamione żagle na nagą prawdę

Szaleństwo spowiło wszystko
Jak likantropiczny całun
I przez jego upiorne rysy widział
Drzewa stające się nieprzyzwoitymi
Nasienie kapiące z każdego konaru
Jakby zakorzenił Naturę jak dziwkę

Driady lizane pod spódnicami z liści
Opuszczające gałęzie które strzeliście zadowalały
Szydzące otwory i las na jej kolanach
Wtedy niegdyś zamroczone, węzłowate pnie rozwijały
Zgniłe, weneryczne, chore, smutne
Krzepnięcie jego serca w wybujałą, złośliwą melodię

„Śmierć jest tylko kwestią niewielkiego bólu”

Pod ziemistym blaskiem księżyca
W czarownej krainie bólu
Gilles wrócił do zamku
Przerażony i wyczerpany
Szukał swojego głębokiego czerwonego aksamitnego łoża
I snu, które ono zarządzało
Do strudzonego, wtrąconego pośród martwych
Strach koszmarów ponownie nadszedł

Smutek spowił wszystko
Jak likantropiczny całun
I przez jego upiorne rysy widział
Setki zamordowanych dzieci
Niektóre podpełzały wypatroszone
Tam, gdzie wyciągał się wyjąc na czworakach

Zwłoki rozdzierane u jego nóg i kolan
Kiedy wbił pazury w krzyż błagając o łaskę
Od Pana, który unosił się nad okropną sceną

Łkał i płakał, nie starczyło już głosu
By krzyczeć, sen nie był jeszcze strzepnięty
Usłyszał grozę syczącą przy nim: Herodzie, będziesz żałował

Kto słyszy łzy zmierzchu?
Kto prowadzi ostrza tak złośliwe?

„O, moje najdroższe aniołki, idźcie modlić się za mnie do Boga”


Dziesięć Mil Poniżej Wzgardy
Przebudzona w potach
Porzucając rozkosz dla żalu
Kolejna noc nieszczęścia powoli minęła
Poranne niebo niegdyś świeże i jasne
Teraz zaciemnione choć dalekie od zmroku
Ktoś mógłby wyczuć, że koniec dni nadchodzi szybko

Gilles tułał się jak po czyśćcu
Poza grobem swojego stanu
Niebo, Piekło ani chłopstwo
Nie były obecne oprócz przeniesionej nienawiści

Znał podejrzenia, czuł drwinę
I smutek jak zaostrzony pal
Przeszył jego serce, i teraz zaczyna się
Początek jego rozpojenia

Próżny chwalebny, Pan, dewota?
Myślał, że jego dusza jest zwolniona
Od winy i wątpliwości nie ma ucieczki
Dziesięć mil poniżej wzgardy

(Wypił ocean przytaczając Dziewicę Joannę
Nabożną tyradę wampira
Jego gorąca krew obciążona oddaniem cuchnęła
Uprzedzeniem do przymierza miłości)

Przebudzona w potach
Porzucając rozkosz dla żalu
Jego zgodna kapela westchnęła z jego lamentem
Gdy oskarżenia sięgnęły wrzasku
Dochodzenia wywarzyły drzwi
Na obronę nie wzniósł niczego poza swoimi łaskami

Kościół poruszył się w swojej Rzymskiej jamie
Tłuszcz był od dawna wydawany
Teraz tam wszystkie języki pluły na Tiffauges
Dziesięć mil poniżej wzgardy

„Niestety, byłem szczęśliwszy
Rozkoszując się torturami
Łzami, przerażeniem i krwią
Niż jakąkolwiek inną przyjemnością”

Tylko jedno potknięcie
Jeden niewłaściwy czyn
I Gilles byłby niespełniony
Jako że chwiał się na krawędzi klęski

Bezczeszcząc ołtarz Boga
Wtargnąwszy na wieczorną mszę
Zagroził, że ukrzyżuje księdza

Pijany płomiennym winem
Ze smagającą burzą za sobą
Wrzucił tego Filistyna
Do swojego najplugawszego lochu

I pieniądze należące się albo nie
Ksiądz uwolniony bądź pozostawiony by zgnić
Jego krzykliwe świętokradztwo poruszyło
Machinę wojny w papieskim Rzymie

Przybyli po niego w żałobnym splendorze
Wraz z błogosławieństwem od świętych
Jego pochlebczy uśmiech w słodkim poddaniu
Lekcja wymuszonej powściągliwości
Znał podejrzenia, czuł drwinę
I smutek jak zaostrzony pal
Przeszył jego serce, i teraz zaczyna się
Początek jego rozpojenia

Myślał o sądach, że są przekupne, złotymi koronami
Mógłby skusić bogatych biskupów
Lecz szukano i znaleziono wrota zdrajcy
Dziesięć mil poniżej wzgardy

Ukojenie i Anatema
„Nic, co w ludzkiej mocy
Nie może powstrzymać woli Nieba
Od bycia zapewnionym”

Przekradając się przez mrok
Ezechiela i Marka
Przez rozdziały Honoriusza
Gilles, jakby w transie
Pieprzył stronice i tańczył
Kusząc coś próżnie wspaniałego

Przemierzał najgroźniejszą noc
To zniszczone ostateczne połączenie
Zguby i zrezygnowania
Śmierdzące śmiercią
I posępnością stygijskiego światła

Kiedy nagle – najdelikatniejszy szept!
Zasłona otwarta na malowany widok
Promienie księżyca wmiotły w jego sen
Ukojenie i anatemę

Ukojenie i anatema

Prelati pełen gwiazd
Magicznych ekstatycznych gwiazd
Które iskrzyły, żadna klęska nie próbowała zgasić
Jego ognistej wszechobecności
Syczącej w niebiosach, zanikającej
Był tam by udaremnić spalenie jego Fausta

Wrota były wyłamane, widmowe konie
Parskały, niespokojne by odjechać
Z urokiem w oczach u drzwi zawołał -
„Chodź ze mną teraz!”

Gilles wzdrygnął się, myśl o życiu
Oskarżonym i ściganym
I spustoszonym przez chorobliwość
Zasmuciła jego oddech
Za tymi przeznaczonymi dla jego noża

Wtedy nagle – najdziwniejsze uczucie!
To które pozostawiło anioły chwiejnymi
Pokuta wpełzła w niego pomiędzy
Ukojenie i anatemę

Ukojenie i anatema
Prelati pełen gwiazd
Ten porywacz jego serca
Obiecał mu horyzonty wolne od bólu
Lecz wszystkie wielkie plany
Magiczne znaki i wina o północy
W krainie snów nie mogły się łudzić, że odwiodą go od jego celu

On mógł zostać i zmierzyć się ze swoimi mordercami
Kardynałami i sądowymi graczami
Kiedy Prelati musi teraz umknąć przed
Czystym i lazurowym świtem

Wrota były otwarte na oścież, widmowe konie
Parskały, niespokojne by odjechać
Z urokiem w oczach u drzwi jeszcze raz zawołał -
„Chodź ze mną teraz!”

Prelati pełen gwiazd
Usiłował wyrwać go z tańca
Przyzywając Barrona do działania
Lecz kiedy Demon powstawał
W słodkich cudach prozy
I propagandzie przyszła prawdziwa biblijna burza

Błyskawica uśmiechając się zamarzła
Na miejscu zbrodni kruków
I z rozsypanych prochów wystąpiła sylfida
Dziewica Joanna d’Arc
Nadeszła piękniejsza i mroczniejsza
Raj, kołyska wolna od plugastwa

Była czysta ponad wszelkie łaski
Twarz oświecona wiarą
Bardziej droga niż zaklęcia Prelatiego
Bogini we śnie…

I drżąc w jej doskonałych ramionach
Jej oczy niby tysiąc złotych psalmów
Które błyszczały jak w Świąteczną noc
Zapłakał jak Wszystkich Świętych

Trzymał ten obraz, wzruszający blask
Pokoju i wielkiego spokoju
Blisko przy sercu, jej pożegnalny pocałunek
Spał by zbudzić się wyzwolony, w błogości


Boska Łaska na Diabelskim Grzmocie
“To jest chwila, w której idę do Boga”

Płonąc jak drwina na pryzmacie nocy

Wciąż skręcając się od kazań, tych zdeterminowanych pasożytów
Stworzonych by obezwładnić i wystroić jego światło
Przemierzał celę w wieży ze sprzecznym apetytem

Księżyc był czarny


Beztroski

Trzykrotnie rzucał wściekłe spojrzenia w sędziów
Ciemniejących tam
Z piołunowym umysłem
I gardzielą trucizny

Zapytany

Myślał o sądzie jako farsie
Jego język ostry jak szkło
Ten skrytobójca prawdy…

…naprężał swoje szpony na niszczycielską obsadę

Rozciągając udrękę na zdumionych kleryków
W zamieszaniu sprawił, że krzyż został zasłonięty
I klątwa wygnania z Królestwa Bożego minęła

Z powrotem w lustrze, roztrzaskana próżność kona

Przekleństwo nawet wyraźniejsze po stronie normalności
Wypędzony ze szczodrych ścieżek raju
Z wybrzeży Niebios wylany na okrutne rozdroża

Księżyc był czarny


Beztroski

Ich grzmot rozdzielił wszystkie jego welony
Zagęszczając tam
Jego wojownicze tętno
Do odrażającego pełznięcia

Tak

Wychował nikczemność
Wykarmił żmije na swojej piersi
Wymierzył pieszczotę śmierci
By teraz cierpieć…

Mógł płonąć, zauważyć

Że jego druga próba
Mogłaby trwać wiecznie
W sądnych płomieniach

Tej nocy jego los maszerował w obłąkanych paradach

Ponad tęczą z blizn czarnej magii
Krew biegła w strachu, obrócona w mękę w dużych ilościach
Głęboko we śnie tego innowiercy, uwięzionego

Koszmary były żywe, okultystyczne, zdeprawowane

Jego objawienie walczyło by nadejść
Lecz świt odnalazł go tam, pokutującego, gotowego
Jak Chrystus na Golgotę, by zwrócić twarz ku słońcu

Wszystkie lęki były wymazane

Gdy Joanna pojawiła się
W deszczu łez
Ostatnim znaku niewinności

Tęskniąc za jej obrazem boskości

Za jej cudami i wyśnionymi lirycznymi czynami
Mógłby spotkać ją na stosie kiedy ogień całował
I razem wspięliby się do Boga, spleceni w błogości

Beztroski

Przeraził sąd szczerą spowiedzią
Przyspieszającą tam
Jego jaśniejącą śmierć
I bolesne odnowienie

I tak

Koniec był chwalebny
Poszedł jak Jezus spętany
Do cienia i do prochu
Kiedy wybiła siódma

I

Ze złodziejami po obydwu rękach
Żniwiarz tych krain
Płakał świętymi planami
Kiedy dusił się do Nieba


Trupi kwiat
"Całe zło, którego mogłem dokonać zostało osiągnięte
Moje grzechy mogą być odkupione i wierzę
Że łaski Boże
I prawo wyborcze Kościoła Świętego
Wspomogły mnie wielkim miłosierdziem
Jedyne czego chciałem to zaspokajać swoje pragnienia”
 



oryginalne liryki © Dani Filth, Cradle Of Filth,
wszystkie translacje (CC) Sinderella


:: Cradle Of Filth Poland :::::::::::....

















 NADCHODZĄCE KONCERTY

    -

 WAŻNE ADRESY

   cradleoffilth.com - oficjalny site  
   myspace/cradleoffilth - oficjalny MySpace
   facebook.com - oficjalny FaceBook

:: Cradle Of Filth Poland :::::::::::....
Licencja Creative Commons
COFPoland.com: 2000-2012
In Collaboration with Mystic Productions