|
|
|
|
|
Drogie, Przeklęte Dusze! Przed Wami jedna z pierwszych na świecie recenzji "Darkly, Darkly, Venus Aversa". Całkowicie subiektywna.
Midnight
strikes, the candles sputter. Muttering their reeking spells, I snuff
their tongues my heart a-flutter. These words I speak are gates to hell.Te słowa usłyszymy na nowym albumie mistrzów symfonicznego
metalu nie jeden raz. Nowe dzieło Daniego oraz jego mrocznych
towarzyszy, faktycznie przenosi słuchacza do samego piekła i zapoznaje
go ze wszystkimi diabelskimi przyjemnościami.
W piekle tym muzyka jest ciężka. W dodatku pędzi na złamanie karku, co od razu przypomina słowa muzyków Cradle Of Filth, że to ich najmocniejszy i najszybszy album. Jeśli już zespół zwalnia, to tylko na chwilę, żeby pozwolić słuchaczowi odetchnąć, zanim zaatakuje go kolejną porcją szalonych riffów. Album utrzymany jest w klimacie mrocznej baśni, soundtracku do nieistniejącego horroru, który będzie kreował się w naszej głowie podczas obcowania z tym Dziełem. Zaczyna się wręcz baśniowo... Delikatną, rozmarzoną muzykę przerywa niesamowity głos Lilith, która w kilku słowach przedstawia się słuchaczowi. Od tego momentu zaczyna się szaleństwo. Lilith rozpętała piekło, które towarzyszyć nam będzie aż do ostatnich dźwięków "Darkly, Darkly, Venus Aversa". "The Cult of Venus Aversa" to drugi pod względem długości utwór na albumie. Złożony, z licznymi zwolnieniami i złamaniami rytmu, potężnymi partiami chóru. Nie wyobrażam sobie lepszego początku. Wściekłość, usystematyzowany chaos, wywołujący obłęd w oczach słuchacza. To istne szaleństwo, któremu bezwładnie się poddajemy. Odrobinę wytchnienia przynosi łagodny początek "One Foul Step From the Abyss". Jest to jednak nic innego, jak cisza przed burzą, która nasili się jeszcze w ozdobionym genialną solówką oraz symfonicznymi motywami znakomitym "The Nun With the Astral Habit" i osiągnie punkt kulminacyjny w "Retreat of the Sacred Heart". Burza, już w tym momencie, nie jest wystarczającym określeniem. To Huragan Katrina, atakujący nasze uszy. Jeśli zwalnia, to tylko po to, by po chwili zaatakować ze zdwojoną siłą. Warto jednak w tym momencie powiedzieć słowo o partiach klawiszowych. Od rozmaitych malkontentów Cradle Of Filth doświadczało krytyki, że jest ich za dużo ("Midian"), nie dość dużo ("Godspeed on the Devil's Thunder") lub prawie wcale ("Thornography"). Na "Darkly, Darkly, Venus Aversa" proporcje wyważone są wprost idealnie. Jest pianino, jest symfonia, a wszystko perfekcyjnie uzupełnia się z gitarami. "The Persecution Song", nieco wolniejszy utwór, rozpoczyna się klasycznym pianinem. Utwór jest z gatunku tych bardziej chwytliwych, przy którym ciężko utrzymać pewne kończyny nieruchome. Niektóre momenty na długo kołatać będą się w naszej głowie. "Deceiving Eyes" to jeden z faworytów niżej podpisanego. Thrashowy riff na początku (to zupełnie nie brzmi jak Cradle Of Filth!), atakujący z zaskoczenia chór, znakomite klawisze. W samym środku kompozycji cudne zwolnienie, chyba jedno z najbardziej urokliwych w historii Cradle Of Filth. Brzmi znajomo? Co z tego?! Takich utworów, maniakom Wampirów z Suffolk, nigdy nie będzie dosyć! Klasyk! Następny utwór pchający nas ku szaleństwu to "Lilith Immaculate", bezapelacyjnie jeden z najjaśniejszych punktów płyty, chociaż jest tak odmienny od innych kawałków tej demonicznej układanki! Tym bardziej zastanawia wybór "Lilith Immaculate" na piosenkę, która została zaprezentowana fanom jako pierwsza. Chociaż jest to utwór niewątpliwie znakomity i na stałe trafi do kanonu kultowych piosenek zespołu, to nie ulega wątpliwości, że jest zupełnie niereprezentatywny dla zawartości albumu. Rola "Lilith Immaculate" przypomina trochę "Nymphetamine (Overdose)", centralnego punktu albumu "Nymphetamine". Co przynosi sama piosenka? Mocarny riff na początku, fragmenty mogące przypominać kultowy już album "Damnation And A Day" oraz zakończoną wspaniałą solówką, niesamowitą melodeklamację głównej bohaterki opowieści. Wreszcie! Tak Moi Drodzy, piszę "wreszcie", bo Lilith jest... mało! Może nawet za mało? Gdy już się pojawia przyciąga uwagę, hipnotyzuje i uwodzi, tak jak przystało na Mroczną Boginię. Głos Lilith jest po prostu uwodzicielsko cudowny. Mistyczny, natchniony i namiętny zarazem. Nic dziwnego, że Adam uległ. Wielu słuchaczy podzieli jego los. Naprawdę olbrzymia szkoda, że tak rzadko słyszymy głos Lilith na albumie. Powrót do pełnych agresji dźwięków przynosi "The Spawn of Love And War", jeden z ulubionych utwór Jamesa McIlroy'a, który na stałe wrócił do zespołu po kilkuletniej przerwie. Warto w tym momencie powiedzieć słowo o brzmieniu płyty. Jest ono inne niż na "Godspeed...", bardziej surowe, drapieżne, agresywne. Wszystko ma jednak swoje miejsce. Gitary i perkusja (blasty!) burzą mury, bas miota słuchaczem na wszystkie strony. Klawisze są majestatyczne, czasami ukryte pod gitarową nawałnicą. A jak głos Hrabiego Filtha? Bez niespodzianek. Wokal Mistrza jest fenomenalny! Znamy wszyscy Jego unikatowe możliwości i mnogość środków artykulacji, którymi posługuje się na albumach. Wszystkie je odnajdziemy na "Darkly, Darkly, Venus Aversa". Lider Cradle Of Filth krzyczy, szepcze, skrzeczy, śpiewa czystym głosem, growluje, wpada w tony bardzo niskie aby po chwili przejść w ekstremalnie wysokie. Dani w życiowej formie? Całkiem możliwe! Wróćmy jednak do zawartości płyty. "Harlot on A Pedestal" to kolejny z wielkich faworytów autora tych słów. Szybki, ciężki utwór, pełen nieprzewidywalnych zagrywek gitarzystów, ozdobiony znakomitymi, pozornie ukrytymi partiami pianina w drugiej części utworu. Słychać gdzieś tutaj echa przeklętego miasta Midian. Tym, którzy przerażeni nawałnicą dźwięków, zatęsknili za bardziej chwytliwymi momentami, przychodzi z pomocą "Forgive me Father (I have sinned)". Uwaga najmłodsze pokolenie, oto Cradle Of Filth dało wam piosenkę, w rytm której będziecie podrywać mroczne dziewczyny na gothotekach! Dani śpiewa "czystym" wokalem, Lilith swoim anielskim (!) głosem zachęca żeby ją kochać i czcić, więc nawet pani katechetka się nie przyczepi, że szatańskie pieśni puściliście. Mam przeczucie, że także starsi fani polubią ten utwór. Piszący te słowa polubił, a z Cradle Of Filth jest emocjonalnie związany od mrocznych lat dziewięćdziesiątych, w których internet był znany wybranym, a zamiast płyt kupowało się w naszym pięknym kraju kasety magnetofonowe. Wesoły nastrój nie utrzyma się jednak długo. "Beyond the Eleventh Hour", kolejny uwielbiony przez autora utwór, przynosi zupełnie inny klimat. U krańca drogi ku szaleństwu, wita nas Lilith, posępna i złowroga. Jest jednak w jej słowach coś niewypowiedzianie smutnego, przygnębiającego. Sam utwór jest szybki, pędzi do przodu podszyty genialnymi partiami klawiszowymi. Gdyby ktoś powiedział mi, że to zapomniana piosenka z legendarnego "Cruelty And The Beast" nagrana ponownie, to mógłbym uwierzyć. To jest już praktycznie koniec naszej podróży. Jeszcze tylko Lilith złowrogo się zaśmieje i opowieść dobiegnie końca. Cóż można napisać tytułem podsumowania? Płyta jest rewelacyjna. Nie można jednak powiedzieć, żeby była łatwa w odbiorze. Trzeba kilku przesłuchań, żeby odkryć i docenić skalę geniuszu, z jakim obcujemy słuchając "Darkly, Darkly, Venus Aversa"! Jak bardzo Cradle Of Filth rozwinęli się, pozostając jednocześnie wierni własnemu, wypracowywanemu przez lata stylowi, nie da się wyrazić słowami. Trzeba samemu tego doświadczyć, wybrać się w podróż przez historię Mrocznej Bogini, która wydaje się być zaklęta gdzieś w tych opętańczych dźwiękach, wciąż obecna w muzyce, towarzysząca słuchaczowi. Będzie to jedna z tych podróży, które zapadną Wam w pamięć na całe życie i które będziecie chcieli przeżywać wielokrotnie. Nie mam złudzeń. Za kilka lat "Darkly, Darkly, Venus Aversa" będzie wymieniany jednym tchem obok największych Dzieł Cradle Of Filth, a może nawet jako Dzieło najznakomitsze. Zdaję sobie sprawę, że przydałoby się na koniec jakieś barwne, przemawiające do wyobraźni czytelników, zdefiniowanie nowej muzyki. Osobiście nigdy nie byłem zwolennikiem określeń w rodzaju "mroczne Iron Maiden". Porównywanie zespołu, o tak znakomitym i oryginalnym dorobku jak Cradle Of Filth, nie musi odbywać się za pomocą odniesień do innego, nawet tak szacownego zespołu. Mam jednak nieodparte wrażenie, że w przypadku "Darkly, Darkly, Venus Aversa" to porównanie sprawdza się znakomicie. To mroczne, opętane Iron Maiden, w dodatku na sterydach. Fanom Cradle Of Filth polecać nie muszę, bo i tak sięgną po nowe "dzieło zakazane" załogi Count Filtha. Fani ciężkiego grania, niekoniecznie spod znaku COF, również powinni jednak zainteresować się tym albumem. To najwyższej próby metal szlachetny. ![]() COFPoland.com (CC) 2010 |
|
|